MAM IMIĘ CIAŁA

Autor: Piotr Jankowski, Gatunek: Proza, Dodano: 14 grudnia 2012, 18:10:33

       Mam imię ciała piękniejsze niż gołąb. Mam nie imię w duszy lukrowane i gorzkie też, bowiem żadnej, żadnej prawie że. Kandyzowane miano, a w mieniu tarte takie, wtrącane imię. Ściągnięta w linię jak rysa i jak goździk zgwożdżona. Moje w lustrze imię złe łże, moja każda zła łza nie szła – tym korytarzem z oka w spadnięty kąt ust nie chodzi. Ja owszem i wobem nie chadzam tymi wszawymi drogami. Ja dosyć drogą chustką pokrywam stopy, gdy nogi mętną się. Ściernym papierem łagodzę obrzęki, aby jakby pszczóła w ludziach nie brzęczeć i nie bęczyć się. Ścierną ścierką ścieżki z twarzy znikam, aby jakby ćma w miejscach ludzich być baczona, zanim w miejscach wietrznych zbędzie mnie bardziej. Bo ja bardzo nie lubię, jak bywa mnie mniej; jakie ja by chciała, by była: bardzo wszędzie, bardzo uważana i ważka bardzo moja sprawa, ja.

Inne i make-up

       Ja rano: ja-rana, po spoczęciu cichym, po-czynaniu gnuśnojęknym, głośnojękowym, po budzeniu sama z sobą, bądź z kimś-tam--kimkolwiek kończę noc i dzień swój zaczynam, dnieję. Siczę nocne, czasem je dalę, odbytam. Migdałami i miodem roszę się cała, lub wielokwiatem wielopiannym wszystkie ponocne bólki zmywam, bo moja skóra rano jest ranna, nocą raniona, bo skóra ma dobrą (cholera) Pamięć Nocy. I MYŚLĘ wielkimi literami, ale (na szczęście) to nieszczęście szybko ulatuje, gdy w miękki jak sierść kotki ręcznik wtulam się. Moje rano kruczokrocze zawijasy ugalam w jeszcze krótsze – i tu też modna kreska albo chućliwy trójbok. I te łączki pod  najwyższymi gałązkami od-tutaj-zaraz--pnia, gdzie rosną, wykaszam. Z tych gałęzi górnych i tamtych dolnych strzeliste listki wycinam, tnę. Później mleczę się, maszczę; gładka na całym ciele jak płatek kwiatka lub motyla; motylica. Miętowa moja wbuzia, ugładzona twarz estety. Moje rano brwione zakośniki upaszczam, wykreślam w kreseczki ciemne, cienkie, ciekawskie. Rzęsy do zazdroszczenia w maskarze, nie masakrze. Upudrowane, śliczne liczko plus ekstra cienie. I usta moje zbyt stateczne, statyczne też, popoprawiam (po pobogu, porodzicach) w ustka na dobrą pogodę. Włosy układzione i spnięte. Lakiery i lakierki dobrane do stroi, te dobrane do nastroi, nastroje dobrane do mnie; trochę walki we wnętrzach moich, ale już po sprawie, po. Śniadam lajcik z tabletką, wodą bez bąbli popijając. Z czterech stron obaczam się raz jeszcze, wystrzałowa lala, ulalona strzała. I tyle lukania w lustro, wychodzę.

       Wchodzę w ludzi, gdzie szałowy, szafirowy szeryf, któremu w spodniach sprasowanych przez żonię i w zlasowanym mózgu śliski wąż się wije, wtedy ja jestem górą. Nie marno się trawię. Zapylam sobą świat, zapalam wszystkie światła późnym wieczorem...

[Późnym wieczorem]. Po tym ukurzwionym dniu wygląda inaczej niż wyglądać miało rano, mało.                                                                                                     Wymyślili mi rodzice to porcelanowe życie. Mimo że drogie i reklamowane, to przereklamowane i za drogie. I mimo tym kilku poprawkom w Konstytucji: Ja, Paragraf Pierwszy: Ciało Moje, Punkt Pierwszy: Twarz Moja: wygląda inaczej, aniżeli ranem to sobie preparowałam. Na czole pajęczyna wytkana ze słońca, z potu, spiasku, i trochę od lewej skroni policzek lewy zajmuje. Usta scałowane, więc nie ma o czym mówić. Na bielmach obu oczu krwawe liany, czerwosiateczki. Kiedyś-rano-ukreślane-kreski to teraz-wieczorem-miotły! Liczne odbicia od powiek niczym pobicie, gwałt. Cienie stały się dzieniami. Mętna moja wbuzia – stolica całej ziemi huczy; zgładzona twarz niestetko. O tym, co na głowie, wolę już nie pamiętać. Punkt Drugi: jakaś na przykład brzydka kreska na palcu serdecznym lewej ręki i przy naskórku zdarcie także całkiem pokaźne na jakąś 1/5 całej powierzchni. Na kciuku prawej także dwie zadry... I Punkt Ostatni: ta wysypa przy chuci mojej, co ją różne psy jak co dzień zwęszają, ta wsypa przy kroczokruczych drutkach swędzi, gdy on czeka. Czeka i chce tam mnie moją, najbardziej moją zliznąć, zlizywać najbardziej własne moje, żeby wbić się w mnie, ale to już inna historia.

 Jeszcze nie

       Już nie rysa i nie linia. Wygięty gwóźdź, lekko wytarmoszczony goździk. Powierzchnie wszędzie napięte, bo za dwa, trzy dni ucieknie mniesięczna krew; cierpiętnica święta, śnięta męczennica. Spadnie zpiżdżony, krwisty śnieg. (Zapomnieć, więc zapominam). A on czeka, gdy odmywam z siebie dzień cały, całodzień: metro, mijanych = = ginących ludzi, pracę, prezentację gdzieś na zewnątrz, chamburgera BEZ mięssa z kolą BEZ cukrru, 8 tiktaków, dawno nie widzianą przyjaciółkę z nowym mężem, domem, samochodem, z suczką przy nodze lejącą w trawnik, wymianę wizytówek, „zadzwonię na pewno (szczęściara)”, dwa małe piwa sama, trzy drinki od niego, miraże w głowie, „muszę wyjść... muszę dojść do siebie”, on podwozi, „no to już wejdź (głupia)”, rozmowa, nie pamiętam o czym, o niczym, chyba dużo komplelementów, trochę robi mi się sick, jego papierosy, dwie kreski przez nos (sic!k), już chce mnie brać, robi mi się napewne sick, chce mnie wziąć, „uno momento”, do łazienki uciekam, ściekam, szczęśliwie tylko się siczę, twarz w lustrze jakby nie-moja, i, i... , i długa kąpiel. Musi czekać, jeśli chce mnie zżnyć.

       Woda w wannie ciuknie, usypia mnie. Stoję przed lustrem z licem, którego nie odpoznaję. Bo to czy ja? Czy ja siebie nie znam? Mamo, tato, bratku przedwcześnie zmarły, zwleczony w ciasny grób, przecież ty cichuteńko spałeś, a oni mi nie wierzyli, i do tej pory nie wierzą. Co się ze mną dzieje? Cieje? Cie je? Mnie zżera co? Kim tamten? Wróg, czy nie wróg? Jakie me imię? Jaka ja porcelana, ulana? Czyja twarzyca, którą tu widzę? Siebie nie wiem? Nie miem? Może jak marzanna w marzenia obuta tą wodą zciec, nie wracając, bo do czego? Od kogo zbiec? Prysnąć ze świata, ze życia? (Ale nie; ale nie). To te znowu MYŚLAKI, grzyby w głowie gniją. Dobry kwadrans letargu z olejkami, ponownie wonię kwiatami. Okwiatam się. Masuję, tonizuję, zakraplam oczy, szczotkuję włosy, miętnę poprawiane zubki, kremię i balsamię, piżamuję, taka uczyszczona i seksy wychodzę.

       Wchodzę do pokoju-sypialni, gdzie on czeka. „Dwadzieścia trzy minuty prawie. Dwa razy już usnąłem”. „Trzeba było nie czekać, tylko spać”. „No co ty, kochana żabciu?” „(Kochana żabciu?) Nie nazywaj mnie tak”. „Sory”. „Masz fajne płyty... chodź tu do mnie... ... co ci jest?” „Nic”. „Na pewno? Nie wyglądasz najlepiej”. „To znaczy?” „No nie wiem dokładnie”. „To lepiej nic nie mów”. „Czemu?” „Bo mówisz głupoty”. „Chodzi mi o to, że mieliśmy...” „Co mieliśmy?! Pieprzyć się?” „Mieliśmy dobrze się bawić”. „Czyli coś niuchnąć, a później miałeś mnie pewnie zerżnąć”. „Nie muszę”. „Ale chcesz”. „Jasne, że chcę!” „Dla sportu, czy dla mnie?!” „Oczywiście, że dla ciebie. A co ty myślałaś, że jestem jakimś wyczynowcem, że z pierwszą lepszą pójdę do łóżka?” „Jestem pierwsza-lepsza?” „Nie, nie. Jesteś po prostu fajna. Fajnie mi się z tobą gadało”. „A co teraz już nie? Jak już coś poważniejszego, to nie?!” „Czemu mnie atakujesz?” „Bo mi się tak podoba. Bo mam taki nastrój. Bo dzisiaj piątek. Bo spotkałam starą koleżankę, co ma życie ułożone. Bo, kurwa mać, widzisz we mnie tylko lalę do pieprzenia. A ja, kurwa mać, nie jestem jakimś spermoworkiem, czy czymś takim. Wystarczy?!” „Wystarczy...” ... „?, ?!... Co robisz?!” „Nie widzisz? Ubieram się”. „Chcesz wyjść?” „Tak”. „Czemu?” „Muszę wracać do domu”. „Nie kłam”... „No to cześć, było miło”. „Ale się skończyło”. „No właśnie. Trzymaj się, do zobaczenia”. „Nie idź”. „?!” „No nie idź”. „Nie wiem”. „Sory, że tak wyszło, nie chciałam”. „Ja też nie”. „Zgoda?” „Dobra, zostanę”... „Napijesz się czegoś?” „Może”. „Chcesz drinka?” „Jakiego?” „No żaden specjał, ale ja to lubię”. „Dobra, niech będzie”. „(Niech będzie!?)” „Fajnej muzyki słuchasz”. „A co? Chcesz o tym porozmawiać?” „Znowu mnie atakujesz”. „Sory”. „Pożyczysz mi coś z płyt?” „A co chcesz?” „Jeszcze nie wiem; muszę jeszcze raz zobaczyć”. „Bierz, co chcesz”. „(Bierz, co chcesz?) Idę zobaczyć”. „Dobra. Ja zaraz przyjdę”... „I jak, wybrałeś coś?” „Te cztery. Chciałem więcej”. „Jak chcesz, to weź”. „Wezmę później, wpierw te”. „Dobra”. „Jak ci tamte oddam, to wezmę inne... Całkiem niezły drink”. „Nic specjalnego”. „Ale dobre”. „No właśnie... A dlaczego tam w barze mnie zaczepiłeś?” „Bo siedziałaś sama i nie wyglądałaś, jakbyś na kogoś czekała”. „Może chciałam być sama?”. „Może. Ale coś mi mówiło w środku, żeby do ciebie podejść”. „To jakiś sposób na podryw?” „Też”. „To co będziemy robić?” „Włącz coś”. „A co chcesz?” „Dla mnie bez większej różnicy. Na pewno coś dobrego wybierzesz”... „Może być?” „Jasne. Tego jeszcze nie słyszałem. To ich ostatnia płyta?” „Tak. Jest niezła, ale trzeba dłużej się wsłuchać, aby się podobała”. „Mi się już podoba”. „Nie żartuj”. „Nie żartuję”. „A gdzie ty właściwie pracujesz?” „Mówiłem ci, ale chyba nie pamiętasz”. „(Bo jakoś mnie to nie obchodzi)”. „... Nie jest to bardzo ciekawe, ale z czegoś trzeba żyć. No dobra, tyle o mnie, teraz o tobie”. „Mi się moja praca podoba. Bo wiesz... ... Tylko mogliby więcej płacić, ale i tak nie jest źle”. „(No to już wiemy o sobie wszystko)”. „(No to już wiemy o sobie wszystko)”. „Ja idę spać. Gdzie mogę się położyć?” „Tutaj”. „Jesteś tego pewna?”. „(Nie). Tak”. „Wiesz, że nie musimy spać razem”. „Wiem, ale to mi nie przeszkadza (nie jesteś pierwszy i ostatni)”. „Wiesz, że nie musimy...” „Nie musimy”. „Z której strony mogę się położyć?” „Z której chcesz”. „O której wstajesz?” „Bez różnicy. Nie idę jutro do pracy”. „Ja też nie”... „Dobranoc”. „Dobranoc”... ... „...” ... „Śpisz?” „...” „Śpisz”. „(Nie śpię. Nie chce mi się gadać)”... ... [Godzina 2 minut 33]..... ... [Godzina 5 minut 15]...

Godzina 7 minut 57. Wilgotno, bardzo willlgotno. Moczy się ze mnie strużka krwi już? Czy się soczę? Wtulone jego ciało w moje, od tyłu wlulone. Jego ręka w lesie szukająca mokrej jaskini, ciemni chuciej, huczej, mej. Mam usta lekko rozchylone, nogi rozchylone też. Zlizywane soczki najbardziej  moje wibrującym jęzzzykiem jego.  Wibrowana cała jego ryt--ryt-miką, ale to już inna historia.

Inna historia

       Zmywana dusza, cała zmyta. Bezdusze. Rozwagnięta i rozcipiżdżona jak każda żona podczas nocy poślubnej winna być. Mogła być ja cała  r o z r z e d z o n a  w powietrzu, a jest skupiona w sobie, w jednym punkcie scentrowana. Taka czarna dziura, bo cały luksus w niej niknie, dziurka dla klucza, bo zamki tego świata stoją przed nią otworem, bo jest otworem umieszczonym naprędce w igle, bo kłuje, bo słyszy wszystko i gubi się zbyt często, wiele nici w siebie przyjmowała i przyjmuje, choć żadna niedopasowana jak należy, bo wydawało się, że chce naprawić świat, połatać, a sama jest zepsuta... I posuwana. Wsuwane jego i wysuwane. W mnie i z mnie. Wte i wewte. Wolllno, szybko. Wolna, zwolniona z duszy. Stanu ducha brak, stanu ciała dużawo.                               I zsunięta,    

trochę z boku i na bakier z tobą i z sobą też. Teraz wonię siebie światu. Damski deodorant. Kwiat, co za dni parę miał, teraz już zakwita krwawo – krwawnik. Pełna księżyca kobieta. Krwię i soczę i potnię, potni i zabiela mnie. Ile ich? Tych wód? Tych płynnych żyć? I one we mnie i ze, moje są i z niego moje są. Kobieca pełnia! Bo spełnia się pismo: Ciała dużo bardzo, mnóstwo. (Taki wyczyn). ((Don’t plan the past, forget the future)). Zajebiście zbrudzona, nie przybrudzona i nie zabrudzona, tylko i w końcu brrrrrudna, moja bruzda. Zajebiście zbrużdżona, całobrudna i zajebiście [nareszcie!] mokra, całomokra, okra, kra. Mokrrrra – mokradła, mrokradła, mrok cały skradła ze świata i w sobie ma ta mokra i brudna, ta ja. Całokobieta, ciałokobieta, ciało-cało--kobieta! Bez całowania ciała. Ust, uszu, oczu przymykanych, policzków dwóch, szyi, ramion i rąk, piersi, brzucha, pleców, pupy i pipy, ud i łodyżek, stóp. No i jeszcze tych wszędobylskich włosów i włosków i włoseczków. Bez tego ja mogę. Spokojnie i zawsze mogę. Tak samo jak bez duszy, starcza samo ciało. Ważne by mokre i brudne, by później znów suszyć i czyścić, by później znów zmokrzyć i zbrudzić sama lub przez innych, by później znów i znowu znów pełnia i nów. Po tym wszystkim mogę... mogę... i chcę... zaprawdę powiadam wam (wam?) mogę i chcę zmyć te płyny, zczyścić te brudki i brudy, odsuszyć i odtruć się, strzelić się z łuku w ludzi, w świat.

Świat

       Świat ten czyj?... Wciąż wyprawiana i wciąż nie-wyprawiona, wciąż nasłoneczniana i wciąż nie-nasłoneczniona, wciąż użyczana i i wciąż nie-użyczona, tak żeby do samego końca, i wciąż przeglądana i nigdy dosyć przejrzana, wciąż tak. Tak wciąż. Jakby deszcz umieszano ze śniegiem – i nikt nic nie wie. Lub wie trochę, ale udaje świętego, nieskalanego, nieskaleczonego tą wiedzą złą, złą wiarą nieskażonego. Śluzuje się świat.

Świat (ii)

       Tak jak teraz – –

ślini mi się ten świat w mojej świątyni, ślini mi się ten świat w mojej świątyni...

Świat (iii)

       „Tu musiał być niegdyś cmentarz. Spójrz tylko. Były białe lilie i chryzantemy, dużo chryzantem, ale ja wolę lilie. Wiązy, buki i wierzby, dwa lub trzy duże dęby, i sporo rosło brzóz i małych brzózek. Był nawet staw, gdzie kaczeńce pływały i wspomnienia po zmarłych. Ale za dużo tych łez wypłakiwano. Tam stała stylowa ławeczka, gdzie jakiś ktoś żegnał kogoś kochanego, ale nie ukochanego, bo tak się nie da. Tak do końca samego nigdy, rozumiesz? A tam gdzieś dalej na uboczu malutki grób kogoś, kto jeszcze nawet nie poczuł tego świata, a już go zwrócono. Oddano z powrotem, tylko gdzie? Cała rodzina tego malca wyjechała wtedy stąd jak najszybciej, by się szybciej pogodzić z tą stratą. Z tym światem, gdzie się zawsze mniej zyskuje, więcej traci. Wiesz? Byłam księgową, to swoje wiem. A co ci jest?! Nic? To czemu nic nie mówisz? Słuchasz? Wiesz co? Idźmy stąd; wolę żywe cmentarze od cmentarzy cmentarzy. Dobra?... No to fajnie”.

Droga

......... ..      ....................... . . . . . . .     ........... ... .. . ..        ... ................................  ....  . ..   ....... .   .   . ....       .  .    .         ...      .      ..        ...        ...... . .... . ..       .        ... .          .    .    .. ... .    ..      ..  .....    .  .    .. ..  ...     .          .    .......    ....           .        .  .      .      .         .     .    ..  . .        .                             .                                                  .

                                                                        ..                                                         .

                                    .                                                                  .

                                                                                                                   .

 

 

                                                      .

Nigcię

       Z CIEBIE MNIE MAŁO. Z CIEBIE MNIE BARDZO, A TO BARDZO MAŁA. I BEZ WIEDZENIA JAK Z MNIE CIEBIE ILE. NIE MAMO CZYMŻE TAMŻE UDYCHAĆ, JEŻELI CIEBIE W POBLIŻACH JEST, JEŹLI TUTAJ ZA BLISKO. BLIZNO, ZAGÓJ SWÓJE ZABLIŻENIE. CIERPIĘ Z CIEBIE, Z CIĘ CIĘKNE, CIĘRPNE ZATO NICO ZA TO STAŁO SIE ŻE JA NICA. ZAGNÓJŻE SIĘ ŻEBRY CIE JA W ŻADNYCHH UDARZENIACH NIE DARZYŁA I NIE UDARZAŁA. NA NIGDY! TA JESTEM JESZE JEDNYJE ŻECZENIE, ŻE CIE NIE. PISZA TAKIE HARDO UPALANA, UPIJANA NA CIĘ NIGDY, NIGDY, I NIGDZIE CIEBIE. NIGCIĘ.

 

       Droga moja, Najdroższa, Kochana, Moja Przyjaciółko, mój Kwiecie,

Świecie też trochę jakby mój! Nie wiem, jak znów zacząć i co mam zacząć i jak skończyć to, co nie miało szans dłuższego przeżycia i pożycia, spożycia na amen, na zabój. Ja i, on – niedobrana para, dwie różne melodie, dwie niepodobne sobie, całkiem inne różnorakie różne melodie linie melodyczne; ja z całym swoim barokowym stylem życia i bycia, on pogrążony jak w ciszy kate uciszony jak go niczym katedra gotycka monstrualny gotyk. Dobrze się stało, żeśmy spędziły razem wakacje; dobrze się stało. Bo to już chyba z samym początkiem (ja, on) było niedopasowane całkiem, niedoprasowane. Takie Taka próba scalenia np. wody i ognia. I co z tego można ledwie uzyskać, otrzymać? Co się wtedy sieje, rozsiewa? No co?! Powiem Ci: dym i dymowisko, nie dom i nie domowisko. A z Tobą inaczej jest mi. Z Tobą mogłabym wszędzie i zawsze.  Z a w s z e !  Jesteśmy jak te dwie połówki, co skrywają wspólnie wspólną im piękną perłę (trochę to może zbyt górnolotne, ale wiesz przecie, że prawdziwe). Na dzi Na dzie Ta nasza perła to tylko nasza, a chłopaki, mężczyźni, mogą jej się zaledwie domyślać, że jest. Wywąchiwać, że jest, wyobrażać, że jest – muskać i mózgać. Nigdy jej w swej całej całkowitej krasie nie otrzymają. Ani ten, ani żaden inny. To nasz cichutki skarb, nasza słodziutka tajemnica. Na dzień dzisiejszy Chciałabym już pomiędzy nim, a mną postawić kropkę, toćkę, a nie ten obezwładniający obezwłasnawalniający ten cholerny przecinek (ale zapewne nigdy „i”, coś co by nas łączyło, jakoś zespalało ze sobą). Nie Na szczęście jego marty ta jego cała Marty-rologia ma się ku niechybnemu końcowi. Dzięki i Tobie za to, bo dzięki i Tobie wiele zo przejrzałam na własne oczy. To wszystko, co było z nim, to jakiś dziwny letarg, zły sen, z którego lepiej się przebudzić, żeby mieć dobry dzień, lub chociaż sam poranek. Ale dosyć tych tego ecie-pecie. Jak tylko Odwiedź mnie jak najszybciej. Czekam na list i czekam Ciebie.

 

PS. Moje opalone jeszcze jest, i w tych zakazanych, bo dalekich, i bliżej też jest. Tu muszę trochę pomagać brązy utrzymać chemią. Bo i ja i cały świat to właśnie chemia. Chemia, dodałabyś: „fizyka”. Tak, chemia i fizyka. Raczej: biochemiofizyka, i tyci matematyka...

Najprędzej (mówione, czytane)

       To już mi samo lepiej wychodzi niż z kimś. To już mnie samą bardziej ja obchodzę, aniżeli ktoś ktokolwiek inny. Ani ten, ani ten jeszcze trochę, ani jakiś inny, jakaś też inna… Czemu ona się nie odzywa? Nie udaje się też telefonicznie połączyć ani inaczej. Czemu, kurwa mać, nie przyjeżdża? Nie żyje?! Ja jej nie  żyję już? Ma kogo?! Nie to nie. Chuj jej w dupę! Pewnie tak. Dam sobie sama radę, bo zawsze sama dawałam sobie radę; i rację też. Nie potrzebuję. Nie potrzebuję.

       Nie potrzebuję różu, sama mi się liczka rysują różowo i wtedy gdy trzeba.

Nie potrzebuję mokrza, sama się zwilżam i nawilżam się sama.

Nie potrzebuję ciebie, ciebie-członka, ciebie-pochwy, ciebie-ciała, ciebie-cię. Mam swoje wnęki, swojskie zakamarki i komory. Mam pięć palców u każdej ręki i mam gdzie je włożyć. Mam dziesięć palców rącznie i mokrawy języczek. Mam gimnastykę na 5. Potrafię sama sutki postawić na baczność, na sztorc. Potrafię sama cipkę wypieprzyć. i JAK KAZANO, PRZYKAZANO, i jak zwierzyca też. Czuć siebie od wewnątrz, wewnątrz mnie. A jeśli będzie i taka potrzeba, to znajdę kogoś do pomocy. Może być chłopczyk, może być dziewczynka. Jeśli chłopczyk, to urodziwy, duży, żeby mógł mnie całą objąć, żeby zmęczył. Jeśli dziewczynka, to urodziwa i... i ładnie pachnąca. W osobliwych przypadkach, gdy mam taką ochotę, może być zniewieściały chłopiec, lub silna chłopczyca. To tak jakby nas było troje. Ich dwoje i ja. Lecz najczęściej mogę polegać na sobie, na swojej ręczności, palcowości, z przymykanymi okami dwoma, jednak nie żeby coś tam w siebie wwidywać, a wprost oddać się cała, poddać się rytmowi. Muzyce palców. Poezji ruchu. Czytać wpierw na ślepo łechtliwe wiersze białe, później z wolna przejść w waginne manuskrypty. Wpierw delikatne preludium, potem marsz wojenny na całą rączną orkiestrę. Lub nerwowa burza na morzu. Epicentrum. Czasami ze zmianą pędzli, gdyż oba mam bardzo sprawne, sprawujące się dobrze. I tak odmalowuję sobie orrrgazm, orgasmus (?), lekkawą sodomię z cichą gomorrą, a jak chce inaczej się zgrzmieć to czyzdą o orrgię, lób orgię-ja-calutka z miesięczną krrwią, musowo i w dechę. Ot i cała sztuka. Każdy raz zwie majstersztykiem. Tak tańczy i tak gra. Tak śpiewa. Może być na dziewiątym piętrze w czasie trzęsienia ziemi; może być na polanie leśnej w czasie wichury; może być na kiepskiej łajbie w czasie sztormu. Na krawędzi wulkanu jęknieć. W samochodzie gruchotanym przez ciężarówkę. W szpitalu na stole operacyjnym, przed koleżanką, z koleżanką, kolegą, obok matki, ojca, brata grobu i brata grobu widzianego w śnie, z nieznajomymi, z nieznajomymi nieznanych jej ludzi; z sobą może zawsze.

Nareszcie

       Już w porząduniu. Mogę ja się żyć z siebie cała. Bez tych takich, no, bez tych takich wpojonych uwidzeń, takowych zwid, co to jej rodzice uczyli, ta cała, złamanego paznokcia warta, literacka uniosłość. Bzdury przeróżne, ale jedna z nich „najważniejsza”, której imienia nie wypowiem. Nie śmiem, ale mogę dowoli śmiać się z tego i powinnam. Wprawia mnie to w dobry nastrój, gdy się tak wymawia. Tak pieczołowicie orzeka, maści, uszlachetnia. A to całkiem niepotrzebne. To nie tak. Całkiem nie. Wielkie kłamstwo. Aż tak to ja nie kłamałam, nawet ja. Chociaż w różne maski się stroiłam. Jednak w tej nigdy nie było mi do twarzy, jak żadnemu i jak żadnej. Można się zatem bawić.

Cieplarnia

       „Zimno. Bardzo zimno... Mróz. Mróz, mroźno... Znowu mróz. Zimno... Cieplej, cieplej... Nie, znów zimno. Zimno... Cieplej trochę, troszeczkę. Cieplej... Bardzo ciepło. Gorąco! Upał! Gorąco”. „Gorąco masz?” „Gorąco”. „Jak gorąco?” „Bardzo”. „Jak bardzo”. „Tak bardzo bardzo”. „Co to znaczy?” „To co mówię”. „Nie rozumiem”. „Nie musisz”. „Nie muszę?” „Nie. Wystarczy, że czujesz”. „A jak nie czuję?” „To niedobrze”. „Czemu?” „Bo jak nie czujesz, to jesteś martwy, jesteś trup”. „We śnie czuję?” „Czujesz”. „A co czuję?” „Wszystko”. „Naprawdę?!” „Naprawdę”. „Nie wierzę”. „Nie musisz”. „Ale chcę”. „Czujesz, ale jakby mniej, słabiej, bardziej delikatnie”. „Nie mam w sobie wiary”. „Masz; tylko małą i dlatego ci się wydaje, że nie masz”. „Skąd to możesz wiedzieć?” „Nigdy nie wiem na pewno”. „To może czujesz?” „Może”. „Możesz się mylić?”. „Mogę”. „A kiedy jest na pewno?” „Nigdy, chyba że w śmierci, ale wtedy nic nie ma znaczenia”. „Co to znaczy?” „Nie wiem”. „Nie wiesz?” „Nie”. „To czemu mi tak mówisz”. „Bo tak chcę”. „A co z wiarygodnością?” „Nie liczy się”. „Tak więc co się liczy?” „Nic”. „Nic?!” „Ja dla kosmosu się nie liczę i ja nie liczę się na przykład z mrówką”. „Czy aby na pewno?” „Nie”. „No widzisz”. „Widzę, że i wszystko”. „To może lepiej mówić bez tych określeń?” „Zgadza się”. „Więc może je wykreślmy?” „Nie musimy; on to zrobi”. „Jaki on?” „Ten, co teraz nas widzi”. „Gdzie?” „Tutaj, w literach, słowach, pomiędzy nimi”. „A jeśli to ona?” „Nie ma to dla nas znaczenia”. „A co ma?” „Tylko to, co ubywa”. „Dużo tego?” „Różnie”. „Jak to?” „Wiele na to się składa”. „Co na przykład?” „Zbyt wiele, żeby o tym teraz mówić”. „A o czym teraz myślisz?” „O papierosach”. „To w końcu jakiś konkret”. „Zgadza się”. „Więc trzeba się go trzymać”. „Tak. A masz jakieś papierosy?” „Nie; musisz czekać”. „I tak nie mam nic innego do roboty”. „Czy aby tak?” „No, mogę poprawić makijaż, ale jest niedziela wieczorem i nigdzie nie wychodzę”. „No tak. Ale możesz potrenować”. „I chyba tak zrobię”. „Tylko po co?” „Żeby skrócić oczekiwanie”. „Możemy przecież rozmawiać”. „Ale mi się już nie chce i nie wiem o czym”. „Ja też nie”. „Idę do łazienki”. „Po co?” „Żeby na razie nic już nie mówić”. „To kiedy?” „Za jakiś czas”. „A dokładnie?” „Nie wiem dokładnie”. „Dlaczego?” „To już wcześniej omawialiśmy”. „Kiedy?” „Do takich samych wniosków doszliśmy przy <na pewno>”. „Pamiętam”. „To dobrze”. „Wiem to”. „To po co się pytasz?” „Żeby podtrzymać rozmowę”. „Nie trzeba”. „Czemu?” „Bo nie mam ci już więcej nic do powiedzenia”. „Szkoda... Ale kiedyś?” „Kiedyś może”.

Komentarze (3)

  • Drobniutka korekta jednak: w "Najprędzej" - samE mi się liczka rysują.

    Świetny, ryzykancki i wygrany tekst. Przeczytałam bez chwili znużenia, słowotwórstwo, zwykle mnie irytujące, tutaj ładnie przemyślane, nie ma fuchy.

    Od "Nigcię" mniej dla mnie już trochę, ale jeszcze mu wierzę. Może lekkie przegięcie w "Najprędzej" ale nie wiem. Egzotykę też lubię czytać. Jak na pisanie męskie to bardzo kobiecy punkt widzenia. Jeśli autor byłby autorką - bardzo odważny i z klasą ;-)
    Nie wiem, czy przeczytałabym całą powieść ale w końcu przed Masłowską też się broniłam zębami i pazurami, a jednak.
    Fajne pisanie.

  • Dzięki za czytanie długaśnego tekstu, odczytywanie i za uwagi, które zabieram ze sobą. Pozdrowienia

  • "To już mi samo lepiej wychodzi niż z kimś." Przy tym uśmiechałam się najdłużej. : )

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się